Przeczytaj:

Gazeta Wyborcza

"Znaleźliśmy winnicę bez żadnej chemii"

Rozmawiała Beata Tokarz

2008-09-07, ostatnia aktualizacja 2008-09-07 19:34

Rozpoczęło się winobranie. I to nie tylko to imprezowe z koncertami na zielonogórskim rynku, ale i to w winnicach. - To będzie dobry rok w winiarstwie - mówi Andrzej Słodkowski, właściciel pierwszej w Polsce winnicy ekologicznej przy pałacu w Długiem pod Nowym Miasteczkiem
Beata Tokarz: Co to znaczy, że winnica jest ekologiczna?

Andrzej Słodkowski (filmowiec, reżyser, dokumentalista, fotograf, plastyk. Był także pierwszym szefem lubuskich winiarzy): Różnica między tradycyjną uprawą winorośli a ekologiczną jest taka, że ja nie używam absolutnie żadnych środków chemicznych ochrony roślin. Nawet nie podlewam winnicy. Sama natura. Na świecie podobne funkcjonują, u nas jeszcze o takiej nie słyszałem. Dla mnie to bardziej filozofia niż biznes. A jakie wino z tego wyjdzie? Zobaczymy. Czy będzie lepsze od tradycyjnych? Nie wiem, ale na pewno inne.

Jak więc sobie pan radzi z chorobami, szkodnikami?

- Zwalczam je mechanicznie, np. gdy widzę, że krzewy atakuje mączniak, obcinam chore liście. To wystarcza.

Kluczem są też odpowiednie sadzonki. Eksperymentowałem ze szczepami kanadyjskimi, tzw. autochtonami. Winnicę założyłem na przypałacowym wzgórzu w Długiem w 2000 r. Teraz mam 300 sadzonek różnych odmian. Najnowsze sprowadziłem z Alzacji, której klimat jest najbardziej zbliżony do zachodniej Polski. Są to krzewy szczepione na dzikim winie amerykańskim. One są po prostu bardziej wytrzymałe i dobrze sobie radzą w naszych warunkach. Po posadzeniu sadzonek pierwszy zbiór jest po trzech latach. Właśnie nadszedł ten czas. To nietypowy rok, bo długa susza przyspieszyła dojrzewanie winogron. Zwykle wisiały one jeszcze spokojnie na krzewach. W tym roku winobranie już się zaczęło. Grona są stosunkowo małe, ale za to z dużą zawartością cukru. To będzie smakowity Riesling.

Jeszcze nie ma wina, a już jest nazwa.

- Oczywiście. Otoczka też się liczy. To nie będzie przecież zwykłe wino kupowane z piwniczki u gospodarza, ale Château Długie, bo zrobione z winogron rosnących w winnicy przypałacowej. A do tego pierwsze ekologiczne.

Kiedy będzie je można kupić?

- Wino powinno być gotowe w przyszłym roku. Ale na razie nie planuję go sprzedawać. Muszę się temu przypatrzeć, sprawdzić, co mi z tego wyjdzie. Niedawno weszły w życie nowe przepisy ułatwiające sprzedaż wina małym winiarzom. Zawsze więc mogę powiększyć areał uprawy i robić wino na sprzedaż. Na razie jednak w ramach Fundacji Łączenie Światów organizuję warsztaty dla rolników, by zaszczepić w jak największej liczbie osób miłość do wina. Ale nie do sikacza, którego kupuje się w sklepie, tylko do własnego z własnych krzewów. To taka na razie zabawa dla wszystkich, ale i praca u podstaw, bo w mieście winorośl sadzona jest raczej ze względów estetycznych. Prawdziwe winiarstwo powinno tworzyć się na wsiach.

Jest pan dziennikarzem, filmowcem, producentem. Skąd pasja winiarska?

- Gdy po długim pobycie w Stanach Zjednoczonych przyjechałem do Zielonej Góry, myślałem, że tu będzie wokół mnóstwo winnic, w końcu tradycja winiarska jest tu bardzo stara. Ale na Winobraniu wina nie udało mi się kupić, zresztą bardziej przypominało mi ono Oktoberfest niż tradycyjne święto wina. Kupiłem 2 tys. sadzonek od tutejszych winiarzy i zacząłem się wgryzać w tematykę uprawy, robienia wina, bo dotychczas moja znajomość tego trunku opierała się wyłącznie na degustacji. Teraz winnica to moja wielka miłość. Nikomu nie pozwalam dotykać moich krzewów.

Rozmawiała Beata Tokarz